|
Moja urostomia... To ta czesc tekstu, która poprzedza artykuł
|
||
|
Art.z dawnych lat: Już te współczesne ;) Moje artykuły -ocalona wolność Moje artykuły -smakowanie życia Moje artykuły - nowa przygoda
Inne Moje miasto - w tym różne związane z Poznaniem pod strony :) Odpowiedzi dla wpisujących się do księgi gości..........
|
||
|
|
||
|
Moja urostomia
Witajcie, mam na imię Marysia. Znajomi postrzegają
mnie jako osobę pogodną, żywiołową i aktywną. Dziwię się trochę, zwłaszcza
teraz, kiedy nie zawsze wygrywam walkę z moim pęcherzem. Może kiedyś, przed
kilkoma laty było inaczej. Tak było na pewno J. Walka z choróbskami i znoszenie dolegliwości
związanych z nimi nie jest dla mnie nowością. Od dziecka mam mózgowe porażenie
dziecięce, potem doszła epilepsja (padaczka), w końcu dołączył do tego
„towarzystwa” pęcherz. Wracając jednak do tego, jak to było ze mną przed
pęcherzem. Można powiedzieć krótko, było różnie. Odkąd pamiętam jestem osobą
nieśmiałą, choć kiedy kogoś już poznam i się na niego otworzę, to rozwijam
skrzydła J. Jako nastolatka nie
byłam taka szybka do rozwijania skrzydeł i otwierania się na innych. Moja
aktywność ujawniła się trochę późno, bo w ósmej klasie szkoły podstawowej. Jak
to jednak mówi przysłowie: lepiej późno niż wcale. Tak też było ze mną J. Zaczęłam wtedy udzielać się w zajęciach plastycznych
w miejscowym pałacu kultury, by nieco później uprawiać sport w stowarzyszeniu
dla osób niepełnosprawnych. Wtedy to się zaczęło: szkoła, trening, imprezy ze
znajomymi (nie alkoholowe, ale bardzo miłe i wesołe). W czasie szkoły średniej
wciągnięto mnie też przypadkiem do duszpasterstwa, gdzie też mogłam wykazać się
aktywnością. Z perspektywy czasu zastanawiam się, jak to wszystko mogłam łączyć
z nauką? Zrezygnowałam na rzecz sportu z zajęć plastycznych, ale mimo to zajęć
było sporo, nie powiem. Niektórzy uważają, że bije ze mnie chęć do życia, mimo
że bywają dni, kiedy trochę pochmurnie patrzę na życie. Sama nie wiem, dlaczego
tak uważają, ale niech będzie. Ja zawsze uważałam siebie za pół optymistkę, pół
pesymistkę. Wkurza mnie brak tolerancji, zrozumienia innych osób oraz sytuacji,
fałsz i odsuwanie się znajomych, gdy ktoś ma kłopoty, brak współczucia i
myślenia, przedmiotowe traktowanie osób, lekceważenie ludzi. Psują mi życie
problemy zdrowotne, bo nie pozwalają mi robić tego, do czego przywykłam i co
chcę robić, które mnie męczą i zamykają w czterech ścianach domu, sprawiają
ból. Jednak kocham życie, bo trudno go nie kochać. Uwielbiam pisać, gdy mam
wenę, czytać np. Whartona czy wesołe kryminały Chmielewskiej, zjeść różne
pyszności, surfować po sieci, robić rzeczy szalone, realizować dziwne pomysły,
rozmawiać z ludźmi, słuchać muzyki, obejrzeć dobry film… Mam „fioła” też na
punkcie wszystkiego, co tyczy się pięknej Italii – od muzyki, po różne
informacje. Nawiasem mówiąc chcę się uczyć sama włoskiego, ale idzie mi to różnie
;) Może jednak znajomi zarówno ci bliżsi, jak i ci trochę dalsi – mają rację. W
każdym razie chyba coś w tym jest J, choć mi samej trudno to dostrzec. W swoim życiu, odkąd zaczęłam nieco bardziej aktywniej
żyć niż do tej pory, starałam się być tolerancyjna i pełna zrozumienia dla
innych osób, ich poglądów i zachowań. Myślę, że i teraz jakoś mi to wychodzi J. Nie ukrywam, że mimo różnych – często ograniczonych
– możliwości, lubiłam i lubię do tej
pory pomagać innym: od drobnych przysług począwszy, takich zwykłych drobiazgów,
jak np. coś komuś podać, czy też napisać za kogoś (pod dyktando tej osoby)
kartkę z pozdrowieniami z wakacji, po sprawy poważniejsze. Chociaż przecież te
drobiazgi niby nic nieznaczące się też liczą J. Byłam i jestem dotąd osobą bardzo wrażliwą i
uśmiechniętą, mimo różnych trudności, to wiem na pewno. Teraz, odkąd nie uczestniczę w zajęciach sportowych
ani w duszpasterstwie, gdyż często muszę przebywać w domu, pasjonuję się do
granic możliwości tym, co może dać Internet i lubię przy nim coś robić. Dlatego
często można znaleźć mnie z nosem w komputerze J. Gdy nie mogę akurat przy nim siedzieć, bo się czuję
gorzej, to siedzę z nosem w książce J. Chociaż trzeba przyznać, że do czasu ukończenia
szkoły średniej męczyłam się nad każdą zadaną lekturą, którą „katowała” mnie
polonistka. Fascynacja książkami zaczęła się dość późno. Cóż można jeszcze powiedzieć o mnie? Chyba nic więcej,
chociaż pewnie jakby spytać moją garstkę znajomych, to trochę by tu jeszcze
dorzucili. No dobrze, żeby nie było, że nie mam wad. Na pewno
rzuca się w oczy jedna wada, jeśli ktoś mnie lepiej pozna, jest nią mała wiara
w swoje możliwości, która była ze mną odkąd pamiętam i niestety jest do dziś.
Myślę, że to starczy, jako początek informacji o mnie J.
Zdrowi ludzie żyją, na co dzień bez świadomości faktu,
że są skomplikowanymi organizmami złożonymi z wielu precyzyjnie funkcjonujących
narządów. Dopiero ból któregoś z nich uświadamia, że człowiek je ma. Chciałabym
opisać w swojej historii, jak zaczęła się moja przygoda, a może przyjaźń z
urostomią, która trwa do tej pory i trwać będzie. Uprzedzam, że moja historia
będzie daleka od historii typowych urostomików. Ale może zacznijmy… Chorobą, której skutkiem była propozycja dziury w
brzuchu, był pęcherz neurogenny. W moim przypadku, sam pęcherz neurogenny był
skutkiem podstawowej choroby, którą mam od urodzenia – mózgowego porażenia
dziecięcego. Problemy z pęcherzem zaczęły ujawniać się dość późno.
Ataki bólów pęcherza miałam wcześniej, ale nie były zbyt uciążliwe, więc aż tak
się nimi nie przejęłam. W czwartej klasie liceum ogólnokształcącego – był wtedy
rok 2001 – zaczął się koszmar: ciągłe
parcie, sikanie po kropelce, ból oraz niemożność robienia czegokolwiek, gdyż
cały czas okupowałam łazienkę. Nie mogło tak trwać cały czas. Koncepcja
przeziębionego pęcherza i leczenie sposobami domowymi (furagnium, herbatki
moczopędne) nie sprawdziły się, więc konieczna była wizyta u urologa.
Można by pomyśleć, że urolog rozwiązał problem i
nastąpił koniec kłopotów z pęcherzem – nie, to dopiero początek. Leczyło mnie
kilku urologów – w tym w prywatnych poznańskich (tu mieszkam) klinikach –
niestety, bez większych skutków, a może raczej nawet ze szkodą. Jeden z lekarzy
po kombinacjach z lekami, które bardzo źle wpływały na moją padaczkę i
wszystkich możliwych badaniach, nie wiedział, co ma robić dalej. Wtedy moja mama pomyślała, że trzeba sprawdzić, czy
źródłem moich kłopotów z pęcherzem nie są problemy ginekologiczne. Na szczęście
wspaniała pani doktor Markuszewska rozwiała nasze obawy, a przy okazji poleciła
swojego znajomego (chyba jeszcze ze studiów), urologa ze szpitala na ul.
Szpitalnej. Pojechałam do niego z mamą, a trud podróży przez
miejskie i szpitalne labirynty był wielki: przejechać całe miasto dwoma
autobusami, gdy pęcherz prze jak oszalały i ma się wrażenie, ze zaraz puszczą
zwieracze. Jakimś cudem dojechałyśmy do szpitala, oczywiście ja najpierw
dopadłam obskurnej, szpitalnej toalety. W końcu udało nam się dostać na piętro chirurgii,
gdzie przyjmowali urolodzy. W dyżurce lekarskiej spytałam o polecanego i
umówionego przez ginekologa doktora i… usłyszałam, że doktora nie ma, wyjechał
na jakiś zjazd i nie wiadomo, kiedy będzie. Podziękowałam za informacje i
zamarłam, bo przebyta tu droga była dla mnie gehenną, a w końcu okazało się, że
przebyta na próżno. Nagle jak grom z jasnego nieba wyrósł przede mną jakiś
młody lekarz – był nim doktor Paweł Kroll. Zapytał, o co chodzi, a po
wyjaśnieniu zaprosił nas do gabinetu.
Wtedy rozpoczął się na nowo opis dolegliwości i moich chorób… Lekarz spytał
wtedy, czy brałam lek o nazwie Ditropan… Opisałam mu moje doświadczenia z tym
lekiem: nie skutkował, tak jak powinien, bo nadal latałam do łazienki jak kot z
pęcherzem i cierpiałam, jak bez leku. Lekarz zapisał mi, więc pochodny od
tamtego – Dreptane (biorę go do dziś) i zalecił kolejną wizytę. Szkopuł w tym, że w tym terminie miałam mieć operację
ortopedyczną na nogę. Dał więc swój numer telefonu i powiedział, że kiedy już
będę mogła, mam się do niego zgłosić, zobaczy efekty brania leku i zaczniemy
badania. Okresu operacji ortopedycznej, gipsu, rehabilitacji, powtórnej nauki
chodzenia nie będę opisywać, bo nie dotyczy to tematu mojej historii. Któregoś dnia, kiedy już mogłam, zadzwoniłam do dr P.
Krolla, przypomniałam, kim jestem, o co chodzi. I zaczęła się seria badań:
urodynamiczne z jednoczesną terapią lekami, stała obserwacja i zalecenia m.in.
prowadzenia notatek mikcyjnych (dla nie wtajemniczonych piszę tu o siusianiu).
Niestety, leki niewiele dawały, lekarz zaproponował mi
operację pęcherza moczowego: augumentacja pęcherza moczowego [powiększenie]
jelitem, z wytworzeniem przetoki do cewnikowania przez pępek. W tym momencie
zawisła nade mną groźba pierwszej prawie urostomii, czym się – rzecz jasna –
nie przejmowałam. Dziwne? Możliwe, ja akurat byłam już zdecydowana na operację
i worki mnie nie straszyły, tym bardziej, że o workach dowiedziałam się nieco
później J. Teraz już nastąpiły rozmowy z doktorem, setka moich pytań,
rysunki doktora, które wyjaśniały, jak zoperują mi pęcherz, co z tą rurką do
pępka, skoro nie mam wyrostka. Chirurdzy uważają, że najlepszy do robienia
przetok jest wyrostek, bo jest bardziej szczelny od „rurki” szytej z jelita –
no cóż – ja wyrostka pozbyłam się jako dziecko mniej więcej dziewięcioletnie,
więc na wyrostek nie mieli co liczyć. Przy którymś tam kontrolnym badaniu i upewnieniu się,
że wszystko wiem, dr P. Kroll ustalił wizytę już w klinice u swego szefa, prof.
Andrzeja Jankowskiego. Stawiłam się do szpitala, jak zwykle czekało mnie wiele
badań, papierów do wypełnienia itd. Przed samym dniem poprzedzającym operację
mimo wszystko ogarnęła mnie panika L, bo wiedziałam, że ta augumentacja to nie takie hop
siup! „Trudno – pomyślałam sobie – odwrotu nie ma: albo to, albo męczysz się
dalej i narażasz na uszkodzenie swoje nerki, bo w pęcherzu masz za wysokie
ciśnienie…” Poddałam się zabiegom przygotowującym, piciu wstrętnego słonego
płynu, lewatywie i innym „atrakcjom”, myśląc, że niedługo się to skończy i
będzie dobrze. O nadziejo, gdybym wiedziała, że będziesz tak złudna… W końcu nastąpił ten oczekiwany poranek, 04 czerwca
2002 roku jadę na blok operacyjny! Pełna nadziei, że wreszcie skończą się moje
kłopoty z pęcherzem i że wszystko będzie dobrze. Sama operacja trwała pięć i
pół godziny, podobno bez komplikacji. Komplikacje zaczęły się już na oddziale.
Leżałam w szpitalu prawie miesiąc, a miałam być o wiele krócej, rana goiła się
dość dobrze – przynajmniej lekarzowi się podobała J. Nie podobało się ani mnie, ani lekarzom moje ciągłe
wymiotowanie wynikające z nietolerowania jednego z leków przeciwpadaczkowych, w
różnych postaciach, który tolerowałam dobrze przed operacją. Po dłuższych
kombinacjach odstawiono ten lek i powrócono do tego jedynego, którego chwilowo
nie brałam, zaczęło być lepiej. Wymioty ustąpiły, kiedy wreszcie odstawiono mi
kroplówki z lekami. Oczywiście nikt mi nie mówił, że wymioty mogą być
spowodowane lekami podawanymi w kroplówkach, podejrzewano, że to stres
szpitalny. Po różnych badaniach, m.in. urodynamikach, EEG i nauce
cewnikowania się metodą czystego przerywanego cewnikowania przez przetokę w
pępku wróciłam do domu, zresztą wróciłam z dużą ulgą. Po pierwsze, dlatego, że
traktowanie pacjenta na oddziale było tragiczne, po drugie: miesiąc leżenia
stanowczo mi wystarczył J. Zaczęło się, zatem powolne samo cewnikowanie przez przetokę w domu,
oczywiście nie bez problemów. Chyba po tygodniu (nie pamiętam dokładnie) byłam
na kontroli u dr P. Krolla, ponieważ mimo cewnikowania, które i tak średnio mi
wychodziło, oraz rozszerzania powiększonej części pęcherza, ciągle coś mi
ciekło na opatrunek gazowy. Martwiłam się, lekarz wtedy powiedział mi o
tajemniczych woreczkach przyklejanych do brzucha. Nie wyjaśnił mi, jakie worki, co to jest, gdzie tego
szukać. Nie wiem, czy z braku dokładnych informacji, czy z innego powodu, fakt
faktem, że problemem worka zajęłam się sama w domu. Wiedziałam jedno, ma być to
worek jak do urostomii: przylepia się do brzucha i nie wisi na cewniku, jak te
worki w szpitalu idące od cewnika…. Ponieważ nie mogłam chodzić po operacji i
uczyłam się siedzieć (najpierw na wózku, bo lepsze podparcie), to dopadłam
Internetu, z nadzieją, że coś tam znajdę. Szukałam parę dni, jeśli nie tygodni….
aż w końcu znalazłam jakiś worek na serwisie o sprzęcie urologicznym – teraz
już nie pamiętam nazwy i wydrukowałam zdjęcie takiego worka szczęśliwa, że już
wiem, jak to wygląda i że wreszcie mama przestanie biegać po mieście, szukając
nieokreślonego worka. Pomijam fakt, że wielu sprzedawców nie wiedziało w ogóle,
o co chodzi, a jak jakiś coś wiedział, to dawał te do podłączenia cewnika. Jeszcze większym szczęściem było dla mnie znalezienie
strony Eli Lesińskiej na temat stomii, wreszcie czegoś się dowiedziałam! Byłam
lekko przerażona – nie tym, że mam urostomię i jakiś wiszący worek, ale tym, że
nie miałam pojęcia, jak z nim żyć: jak zakładać, co robić jak podcieka, co
zrobić z nierównościami itp. Na urologii nauczyli mnie w miarę cewnikowania
przez przetokę i nic więcej. Kiedy przy okazji wizyty spytałam pielęgniarkę o
zakładanie worków… nie powiedziała mi nic L. W tej sytuacji nieocenioną pomoc uzyskałam od Eli.
Rady z jej strony internetowej i dodatkowe wyjaśnienia w naszej korespondencji
mailowej rozjaśniły mi wiele ciemnych jeszcze stron mojego nowego życia J. Mimo tych konsultacji z Elą nie zaprzestałam szukania
w sieci wiadomości o urostomii. Trochę z ciekawości, ale przede wszystkim z
trudno zaspokajalnej potrzeby dowiedzenia się wszystkiego, co możliwe: jak
pielęgnować stomię, jaki sprzęt jest polecany itd. Od tej operacji nosiłam pieluchy dla dorosłych, bo nie
zawsze zdążałam do toalety. Mimo pewnego przyzwyczajenia do pieluch, momentami
nie czułam się dobrze. Natomiast do noszenia woreczków (w moim przypadku były
to Alterna coloplastu) przyzwyczaiłam się dość szybko i specjalnie mi to nie
przeszkadzało. Nawet nie zastanawiałam się nad tym, jak żyłam kiedyś bez
płytek, woreczków i całego tego sprzętu. Miałam nawet dziwne wrażenie jakbym
worki nosiła od zawsze. Oczywiście często zaglądałam na stronę Eli oraz
szukałam nowych informacji w Internecie na temat stomii i wszystkiego, co jest
z tym związane, zwłaszcza, że za często zdarzały mi się sytuacje odklejania
płytki, podciekania i tym podobnych „awarii”. Na stronie Eli przeczytałam wtedy
dokładnie o stowarzyszeniu Pol-ilko, jednak nie jestem jego członkiem. Nie
dlatego że myślę źle o tym Stowarzyszeniu, zadecydowały inne przyczyny:
niepełnosprawność ruchowa utrudnia moją samodzielność, a zdanie mamy („chyba starczy ci tych
stowarzyszeń” – w tym czasie należałam do Sportowego Stowarzyszenia Inwalidów
START w Poznaniu oraz do Studenckiego Stowarzyszenia Pomocy Niepełnosprawnym –
do tego drugiego należę do dziś) było w tym wypadku decydujące. O urostomii wiedzieli rodzice, choć niemieszkający ze
mną tata wiedział wtedy tylko, że mam jakiś sprzęt, który sobie przyklejam.
Mama wiedziała wszystko, mimo iż ja sobie sama zmieniałam wszystko od początku,
mama raczej nie chciała tego ruszać. Oczywiście popełniałam nieziemskie błędy w
zakładaniu płytek, ale o tym, że błędnie je zakładam dowiedziałam się po
drugiej operacji urologicznej, kiedy kochane dwie siostry stomijne Dorotka i
Ania – zaczęły mnie instruować, co i jak J. Wtedy wreszcie dowiedziałam się, jak powinno się
zakładać, czego nie wolno mi robić, zaczęliśmy też stosować na próbę różny
sprzęt. Do tej pory mam z tymi serdecznymi siostrami kontakt i
się ich mimo upływu czasu radzę, gdyż hmmm z workami do urostomii mam kłopot. I
one, zresztą poza poradami Eli ze strony http://www.stomia.info.pl
pomogły i robią to do dziś, bo co się u nich zjawiam, np. po wniosek na sprzęt
urostomijny i pieluchy, posłużą radą, cos powiedzą. Niestety, niedługo po tej operacji, wyszło, że to nie
jest koniec, że będzie kolejna, gdyż pęcherz nie zachowywał się jak na niego
przystało – jak powinien, a do tego zaczęły się kłopoty z włożeniem cewnika do
przetoki i opróżnienie pęcherza. W międzyczasie doktor Kroll, dał mnie pod
opiekę profesora Zbigniewa Kwiasa, z oddziału już dla osób dorosłych, bo jakby
nie było pod niego podlegałam wiekiem. Wtedy, jak już mnie trochę pan profesor
poznał, pojawił się problem dość duży, mianowicie było późne popołudnie
próbowałam się zcewnikować i się zaczęło… krew z moczem, do tego zablokowanie
się w środku o coś cewnika, którego nie mogłam wyjąć za diabła, mimo
delikatnych prób. Podjęta została decyzja, wzywaj tatę i jedź do szpitala. Tam po oczywistym odczekaniu swojego na oddziale
urologicznym (tam mi kazali wpadać, gdyby coś złego pilnie się stało),
zabiegowy i próby lekarza, najpierw nad wyjęciem cewnika, zcewnikowanie mnie
niestety przez cewkę i polecenie przyjechać jutro rano na założenie
najmniejszego cewnika do przetoki i dalej powolne jej rozszerzanie raz na
tydzień, dziś już nic nie robić. Zaczęły się, więc cotygodniowe przejazdy do szpitala
tylko na wymianę cewnika w przetoce. Od bodajże rozmiaru 9 do 14, ale z
powrotem do 12, gdyż przetoka mieściła z założenia i z tego, co było widać
tylko 12. Oczywiście masa bólu, łez oraz lekarskich kombinacji nad wymiana
cewnika – nie da się ukryć, tak mi się przetoka zakręciła i rozszerzyła, ze
czasem i lekarz miał trudności z założeniem cewnika. Po wielu tygodniach wizyt na urologii w celu wymiany
cewnika (pomijam, że czasem się tak podtykał, że nie mogłam go przepłukać i
musiałam wtedy nie planowo lądować w szpitalu. W końcu zapada decyzja – druga
operacja urologiczna, gdyż pacjentka nie może się sama zcewnikować przez
przetokę. Można by przez cewkę, mogliby państwo pomyśleć, owszem, ale nie u
mnie z powodu przewlekłego stanu zapalnego oraz dużej spastyki mojego ciała nie
jest to wykonalne. Nadszedł dzień operacji – między W międzyczasie znów zaczęły mi dokuczać okropne parcia
naglące i bóle pęcherza – zaczęło mnie to wkurzać. I ponownie od dłuższego
czasu znów nie mogłam już wcale się zcewnikować przez przetokę. Profesor po
paru wizytach, standartowych badaniach pęcherza neurogennego oraz obserwacji
mikcji brał mnie na oddział i poddawał następnym badaniom, które mógł już wykonać
na oddziale. Zaczął ze mną rozmawiać na temat „jak ja się czuję z tym pęcherzem
i co myśli robić” – choć nie były to już niestety tak szczegółowe rozmowy jak z
dr. Krollem (pomijam, że na wyjaśnienia na temat alternatyw kolejnej operacji
posłał mnie na rozmowę z dr. Krollem! – wiem, że są kolegami, może stąd to J). Zapadła kolejna decyzja o trzeciej już operacji, ja
niczego bardziej nie pragnęłam niż uwolnić się od tego paskudnego pęcherza, bo,
trzeba przyznać, z nim się nie da żyć. Przygotowana byłam na parę pomysłów, od
metody brickera do odnerwienia pęcherza – ale przypuszczalnie, dr Kroll
zauważył, że w Poznaniu mi tego nie zrobią, po jeszcze inne nieznane mi
pomysły. Doktor Kroll po rozmowie z Profesorem Kwiasem dość dokładnie mi
wyjaśnił, na czym polega ów Bricker i co mi wtedy profesor uczyni. Dodatkowo
oczywiście dopadłam, będąc już w domu, Internetu i poczęłam szukać, bo uważam,
że „wiadomości nigdy nie jest za wiele, a co się wie, to już twoje jest!” J Potem kolejna rozmowa z profesorem, czy się operacji
chcę poddać i ogólne przejrzenie karty mikcji badania moczu oraz usg jamy
brzusznej, pęcherza i nerek. Oczywiście mając wszystkie za i przeciw (choć
przeciw akurat nie widziałam żadnych), 26 kwietnia 2004 roku stawiłam się na
oddziale szpitala na Szwajcarskiej, gdzie urzęduje prof. Kwias. Po czym
nastąpiła oczekiwana operacja. Nie powiem, w dzień moich urodzin i imienin (3 maja) –
nie było mi szczególnie komfortowo podawać się zabiegom oczyszczania się przed
operacją, znów słony płyn i inne „rewelacje”. Żeby było ciekawiej, po
poprzednich doświadczeniach wiedziałam, że nie jest on smaczny, ale że przeżyję
i trochę pobiegam do toalety, ogolą mnie i będzie ok. Niestety tym razem
żołądek się zbuntował i oczyszczenie
przed operacja było gorsze niż planowałam – chciałam czy też myślałam, że
będzie. Wtedy sobie obiecałam „No Maryśka brickera zrobią, a to jest Twoja
ostatnia operacja!” Ku rozpaczy, znów los chciał inaczej… Po obudzeniu się
na oiomie nie w pełni zdawałam sobie sprawę, że ku rozpaczy posiadam jeszcze
pęcherz, bo miałam pełno rurek wszelakich i, nie powiem, byłam nieźle
otumaniona. Chyba będąc już na oddziale z powrotem spytałam jednego z
podwładnych profesora, dr Rolanda Dadeja, który interesuje się właśnie
pęcherzami neurogennymi, co mi właściwie zrobili. Wtedy doszła do mnie wieść:
że posiadam pęcherz i wytworzyli mi w ramach tej dziury, którą miałam, takie
czerwone wystające z jelita, będzie mi lepiej odprowadzało mocz do worka
urostomijnego… Nie pamiętam, co jeszcze mówił, tak mnie to dziabnęło, że mam
nadal pęcherz! Czego wcale nie pragnęłam, bo mimo nadziei, jaką pokładali
lekarze „nie będzie panią już pewnie pęcherz bolał” – bolał nadal i to coraz
bardziej, gdyż mam walnięte na dole pęcherza nerwy… i tak jest do dziś (marzec
2005). Jeszcze w 2004 roku na przełomie bodajże września i
października albo października/listopada, nie pamiętam już dokładnie, byłam na
wizycie u profesora i miałam standardowe badania usg pęcherza, nerek, kartę
mikcyjną, ile sikam przez cewkę, ile i jak leci przez nietypową urostomię, oraz
standardowe badania moczu. Niestety profesor z moich objawów: parcie naglące i
znów latanie do toalety, nie był zadowolony, stwierdził, że będzie trzeba coś z
tym zrobić. Tylko nie teraz, bo jest pani za świeża. Pomijam, że profesor za
moją zgodą mówi mi na ty i dokładnie brzmiało to tak: „Maryniu teraz jesteś za
świeża jeszcze, jak bułeczka, więc obecnie nic ci nie zrobię”. Wiec czekam,
pewnie bym już na przełomie stycznia i lutego bieżącego roku (2005) była u
profesora, gdyby nie okoliczności zmiany leków przeciwpadaczkowych, co
automatycznie mi wykluczały operacje, oraz złamanie ręki. Będę się jednak
starała jak najszybciej o konsultację u profesora i następne decyzje w kierunku
stabilizacji z pęcherzem. A urostomia? Zamierzam walczyć, aby przy operacji
metodą Brickera znalazła swoje normalne miejsce, po prawej stronie ciała
poniżej pępka, a nie w samym pępku, bo jest to naprawdę potworne miejsce do
zaopatrzenia. Żadna z dostępnych w Polsce płytek na mnie się dobrze nie trzyma
i bardzo często podcieka. Mniejszy problem, gdy to stanie się w domu: pościel
do prania, ja zabezpieczona gazą, a wieczorem zmiana sprzętu. Celowo wieczorem,
gdyż po zmianie płytki za dużo nie mogę się ruszać, bo jak to zrobię, to
paskudztwo szybko odpada L. Poza tym, z ciągłych prób z siostrą stomijną –
przeważnie trafiam na starszą siostrę Dorotkę, wychodzi na to, że najlepiej
zrobić mi Brickera, wtedy nie będzie takiego problemu z pielęgnacją urostomii i
jej zabezpieczeniem przed „awariami”. Poza sytuacjami, gdzie poza domem mi
podciekło i nie mogłam wymienić sprzętu (ratowałam się gazą i taśmami ją
przytrzymującymi), woreczek mimo problemów z unormowaniem urostomii i sprzętu
mi nie przeszkadza. Nawet czasami zapominam, że pod bluzką i spodniami mam
takie coś odróżniające od innych ludzi. Zresztą lekkie odróżnienie to dla mnie
nie nowość (patrz niepełnosprawność). Można powiedzieć, że urostomię w pewnym sensie
zaakceptowałam, denerwuję się w pełni na „awarie” – odklejenie się płytki i
zalanie mnie moczem, wtedy nie czuje się ok. A tak poza tym, że muszę uważać na
zapięcia spodni na wysokości urostomii, wszelkie paski i to, że dodatkowo mam
pieluchę, która bądź co bądź trochę poszerza moja pupę, to nie widzę
specjalnych problemów w tym, że ją mam. Jak pisałam wcześniej, czasami
odkrywam, że nawet nie myślę, jak to było bez tych worków, płytek i
wszystkiego, co jest teraz. A to chyba dobrze? Teraz tylko rozwiązać kłopoty z
pęcherzem neurogennym i przemieszczeniem urostomii w odpowiednie miejsce i
będzie lepiej, będę wtedy mogła walczyć o lepsze poruszanie się oraz opanowanie
ataków epilepsji. No i może wreszcie podejmę jakąś dalszą naukę (po liceum) i
pracę… Zobaczymy, jak się życie potoczy. Można jeszcze zapytać: czy moje życie z urostomią
wpłynęło na przykład na kontakty z innymi ludźmi. Szczerze powiedziawszy, jest
różnie, część osób już w czasie, gdy miałam pierwsze kłopoty z pęcherzem się
ode mnie odsunęła (to smutne), część wydaje się przerażona po wieści, że mam
jakiś worek i się dziwi, że mogę coś takiego nosić i z tym żyć. Kolejne grono
osób, które np. na turnusie rehabilitacyjnym miało możliwość zobaczenia wymianę
takiego sprzętu i pielęgnacji urostmii – brzydziła się, ale pytała, czy ja się
tego nie boję dotknąć i czy to boli? Podsumowując, jest grono osób, które niestety na
początku choroby się ode mnie odsunęło, mimo iż uważaliśmy się za przyjaciół,
jest tez grupa osób, która mimo początkowego obrzydzenia, przywykła do tego, że
potrafię odstawić taki „pokaz” J. Jest też grupa, która trzyma się z lekka na dystans, dziwiąc się mimo
wyjaśnień moich „jak ja mogę z tym żyć? Bo oni by chyba umarli mając coś
takiego”. Oczywiście, jeśli ktoś chce wysłuchać sam z siebie
tego, co wiem, mówię im to, co uważam, że powiedzieć mogę. Jak ktoś nie chce,
to mówię tylko, że mam takie coś i tyle, dlatego np. nagle na godzinę zniknęłam
z zajęć rehabilitacyjnych do pokoju. Staram się reakcjami osób nie przejmować,
szczególnie, jeśli są przykre, jednak, nie powiem, jest to trudne, szczególnie
jak uważało się kogoś za osobę w jakiś sposób bliską, a ona nagle cię opuszcza L. Cieszę się jednak, że nawet w sieci mogłam znaleźć
grono osób życzliwych, które wiedząc, co to jest stomia, nie boją się tego, a
nawet swoim stażem potrafią coś doradzić. Ukłony i podziękowania dla Eli
Lesińskiej J. Jeśli idzie o moje wychodzenie z domu, to jest
praktycznie niemożliwe ze względu na pęcherz neurogenny. Pielucha nic nie daje,
prócz rozwiązania problemu popuszczenia, gdy nie zdążę do toalety ze względu na
silne i bolesne parcia. Pomijam też problem z poruszaniem się przez mózgowe
porażenie dziecięce, które mimo wszystko jakoś mi trochę poletko ograniczyło,
ale staram się jak mogę tylko wychodzić i uczestniczyć w życiu poza domem. Mimo
iż każde wyjście poprzedza analiza: jak długo wytrzymam po drodze bez sikana?
Gdzie są w miarę czyste i dostępne toalety (najlepiej dla osób
niepełnosprawnych)? Oraz pod względem ruchowym zależnie od mojego stanu na daną
chwilę (kula lub wózek inwalidzki), dostępności tramwajów i autobusów na danej
tarasie, oraz czasu przejazdu (tu znów pęcherz, wyjście pomiędzy jedną mikcją a
drugą). Dlatego chcąc nie chcąc, większość kontaktów z ludźmi muszę opierać na
internecie (cieszę się, że go mam, bo jest to nie tylko kontakt z ludźmi,
bardzo mi potrzebny, jak i pożyteczne źródło informacji, choć nie tylko, ale
nie będę się rozpisywać na temat internetu, bo nie jest to temat, o jakim tu
chciałam pisać) . Co do urostomii, to jeszcze muszę dodać, że gdy mam
jakieś trudności, to staram się jak najszybciej zobaczyć z siostrami stomijnymi
z urologii, jeśli to tylko jest możliwe, bo wiem, że uzyskam od nich rzetelną i
fachową pomoc. Gdy jest to coś mniej problemowego i wiem, że mogę się obyć bez
wizyty w szpitalu, piszę choćby do Eli Lesińskiej – wiem, że zawsze coś
napisze, odpowie, nawet jeśli akurat nie mogłaby mi w czymś konkretnym
poradzić. Choć pewnie ona sama o tym nie wie… Zapytać jeszcze można, czy urostomia choć nietypowa
nadal zmieniła jakoś moje życie? Powiem otwarcie – nie, poza tym, że muszę
zmieniać sprzęt i pielęgnować to miejsce bardziej niż codzienne mycie się. To
raczej nie odczuwam tu żadnych raptownych zmian. Czy jest mi lepiej, czy gorzej
z urostomią trudno powiedzieć, na pewno jest trochę inaczej, ale ja się tym nie
martwię, bo wiem, że mam gorsze problemy na głowie (zdrowotne) niż samą urostomię. Można by jeszcze spytać, czy
zaczęłam coś innego robić po wyłonieniu urostomii, czego nie robiłam wcześniej?
Nie, moje życie się nie zmieniło. Jeśli na swojej drodze spotkam kogoś – z
przeproszeniem – z workiem to się z tego bardzo cieszę, że znów spotkałam kogoś
podobnego do mnie J. Jedyne czego nie wolno mi robić po wyłonieniu urostomii, bo mam
problemy z utrzymaniem płytek na sobie, to kąpiel w pianie przez całą godzinę,
siedząc w wannie. Trochę mi tego brakuje, ale na dłuższą metę nie przejmuję się
tym. Owszem są dni, kiedy z różnych czasem głupich, a czasami nieco
poważniejszych powodów, mam tzw. doła i czuję się źle. Na szczęście jednak to
mija. Nie mam, co prawda, jeszcze takiej osoby, której na
100% mogę się zawsze wyżalić, o każdej porze dnia i nocy, ale mam nadzieje, że
kiedyś ją poznam. Jak i to, ze poznam kiedyś moją druga połowę, której ani nie
będzie przeszkadzała urostomia, ani epilepsja, ani mózgowe porażenie. Można
powiedzieć „eeee, Marysia masz wybujałe marzenia i porywasz się z motyką na
słońce”. Moja odpowiedz brzmi: może i tak, ale chyba mi wolno? No nie? J Oczywiście przyznam się, że jestem raczej na pół
pesymistką, na pół optymistką. Nie zawsze potrafię na wszystko spojrzeć
optymistycznie i z radością, ale staram się. I nie ukrywam, miło mi, jeśli ktoś
mnie tak odbiera, a nie jako smutną Marysię, która ma pokaźne „stadko” chorób.
Co mnie oczywiście cieszy J. Tak przy okazji, jak ktoś powie lub też napisze, że
odbiera mnie bardzo pozytywnie, jako tą roześmianą i pełną ciepła dziewczynę,
to się dziwię, dziwię się, gdyż sama do końca siebie tak nie odbieram. Można
spytać: dlaczego? Szczerze sama nie wiem, ale jak tak się sobie przyjrzeć, to
ja na pierwszy ogień widzę swoje wady i mam problem ze znalezieniem zalet. Może
dlatego też dziwię się innym, gdy mówią, jak pozytywnie mnie odbierają. Z
drugiej strony, mimo wszystkich tych trudności zdrowotnych i problemów z
kontaktem z ludźmi (brak możliwości wyjścia swobodnego z domu), staram się być
uśmiechniętą i jakoś tak pozytywnie nastawioną do innych i życia dziewczyną.
Czy mi to wychodzi – niech ocenią inni. Dziś już mamy połowę kwietnia, trochę nie pisałam tej
pracy z różnych nie zależnych ode mnie powodów. Muszę jednak powiedzieć, że
moja urostomia ostatnio mnie zaskoczyła – niestety niezbyt miło. Może nie
powinnam tego pisać, ale myślę, że będzie to dobra wskazówka, choć może
banalna, dla innych stomików. Otóż, będąc na kontroli z jeszcze wtedy
zagipsowaną ręką po złamaniu kupiłam w szpitalu (kiermasz lub coś w tym guście
był) spodnie. Spodnie jak spodnie, można powiedzieć, żaden problem, ale w tym
cały szkopuł, że jest problem. Niedługo potem nadarzyła się okazja, by je
założyć, pomijam, że przymierzałam je specjalnie i upewniałam się z 3 razy, czy
aby się rozciągają w pasie, upewniono mnie, że tak. No i założyłam je, na
imieniny mojego siostrzeńca, jeszcze parę razy sprawdziłam w domu, czy na pewno
jest ok. I było… Co też nie potwierdziło się, ale to stało się później. Jakieś
2-3 godziny po wyjściu z domu czułam, że coś mnie szczypie i pobolewa
nieznacznie w miejscu płytki urostomijnej, poszłam do łazienki i przy okazji
skorzystania z niej popatrzyłam się dokładnie na cały sprzęt i urostomię – było
ok. No poza tym pobolewaniem i szczypaniem nijako – nie, no zwijać się z bólu
nie zwijałam, ale czułam duży dyskomfort – powiedziałam sobie, sprawdzisz
dokładnie w domu, a przy okazji zmienisz płytkę, bo czas najwyższy. Wróciłam do
siostrzeńca i innych gości. Wieczorem pobolewało mnie coraz bardziej, a że to
weekend, pora późna, po 22:00, stwierdziłam, że wymienię sprzęt i jak będę
przed założeniem nowego, obejrzę sobie dokładnie, czy coś nie jest jak trzeba.
No i stomia sama w sobie niezmieniona, dokoła niej też w porządku. Wkurzyłam
się, to dlaczego, kurczę, mnie to szczypie i pobolewa, jak spodnie nie uwierają
na oko i nic się nie dzieje? Doszłam do wniosku, że jak rano nie będzie ok,
jadę do szpitala do siostry stomijnej, może coś mi doradzi i lekarz też rzuci
na to okiem. Co też oczywiście nie było dla mnie marzeniem – żeby znów jechać
do szpitala… Na szczęście rano było ok, ani szczypania, ani bólu, nic mi nie
ciekło nietypowego, nie swędziało – luz, jakby nic się nie działo poprzedniego
dnia. Więc stwierdziłam, że nie ma się co specjalnie martwić, zacznę dopiero, jak
coś się stanie, albo jak sytuacja się powtórzy. Niedługo potem zaczęło mi
brakować sprzętu – to wiadomo, jedź do szpitala po wniosek. Nic nowego, a przy
okazji pogadasz z siostrą stomijną. Ha! Wróciłam do domu i przypomniałam sobie,
że wszystko inne powiedziałam, a o tym nie. Sklerotyczka wzięła się, więc, za
telefon i napisała smsy (obie siostry stomijne w razie czego dały mi swoje
numery telefonów). Siostra Ania odpisała, że przypuszcza, że winne są jednak te
spodnie, mimo iż widocznie może nie cisną, to muszą uciskać w jakimś miejscu
moją urostomię – mimo iż tego nie widać, bo bym nie miała takich objawów. Jakby
coś się działo gorzej, mam przyjechać do szpitala. Co zresztą nie było nowością
– wiem o tym od dawna J. A spodnie, póki co, nie mam jak ich rozszerzyć (u krawcowej), więc
leżą na dnie szafy. Wniosek jest jeden, a może i dwa: Uważaj,
co ubierasz, by nie uciskało nawet niezbyt widocznie twoją urostomię, a w moim
przypadku też pęcherz. A także dobrze dobieraj ciuchy kupując je. Myślę, że
moja przygoda przyda się początkującym stomikom, choć sama nim jestem, wiem, że
przyda się to innym. Kończąc całą tę opowieść, powiem Wam przyszli stomicy
lub właśnie świeżo zoperowani z wytworzonym „czymś”, życie z woreczkiem nie
jest takie strasznie, mimo różnych, czasem niezbyt przyjemnych, przygód (np.
podciekanie płytki w najmniej stosownym momencie) i idzie się do niego
przyzwyczaić. Nie, ja nie zakładam, że każdy jak ja nie będzie pamiętał, jak to
było przed urostomią, ale może, jeśli nie zaakceptuje stomii całkowicie, to tak
jak ja będzie dzielnie się do niej starał przyzwyczaić. A co z Tobą Marysiu? Można spytać,
skoro sytuacja pęcherz-urostomią jest u Ciebie nie do końca rozwiązana i jasna.
Cóż, od wczoraj wiem (koniec czerwca jest teraz), że 19 września mam przyjęcie
do szpitala. Wtedy urolodzy po raz kolejny ponowią próbę zrobienia operacji
Brickera (totalny i nie precyzyjny skrót – wywal cały pęcherz zrób typową
urostomię). Co z tego wyjdzie, zobaczymy. Mam nadzieję, że będzie już dobrze, bez
bólu i cierpienia ze strony pęcherza. A woreczek??? Woreczek płytka i owe „coś”
zostanie moim przyjacielem do końca życia… J. Głowa do góry przyszli stomicy, da się z tym żyć i a
nóż widelec może polubisz to „coś” czego sobie i wam życzę.
Już listopad 2005 roku. Jestem świeżo po operacji
brickera, na którą tak długo czekałam i o której marzyłam dniami i nocami.
Dobrze, ale mogą państwo pomyśleć, „po co ona to pisze?” Odpowiem od razu.
Piszę, ponieważ nadal jest to związane z tematem całego artykułu, jednocześnie
też wiem, że moje skromne doświadczenia być może pomogą innym stomikom… więc
piszę, namówiona do tego, nazwiemy to epilogu, z nadzieją, że być może coś z
tego będzie J. 03 października br. Pojechałam na blok operacyjny dobrze
znanego mi oddziału urologicznego, którą jestem „weteranką”, z kolejną
nadzieją, że to już koniec tych wszystkich operacji, w przeświadczeniu, że
zrobią mi planowanego brickera w końcu. Bać się nie bałam tak bardzo, poza
standardowym strachem przed operacyjnym, że tak powiem. Gdyż wiedziałam, co na
czym polega, jak mogą mi to zrobić i w ogóle. Obawiałam się tylko ewentualnych
komplikacji. Bez których rzecz jasna się nie obyło, ale to nie w czasie samej operacji,
a już po, na oddziale, gdy sobie leżałam. Sama operacja, z tego, co mówili,
przebiegła bez komplikacji. Problemem były tylko wysokie gorączki, małe napady
padaczkowe i mój ogólny stan. Sama urostomia, wyznaczona była rano 3
października, tuż przed wjazdem na blok operacyjny. Wyznaczyli ją typowo
pomiędzy pępkiem, a biodrem, po prawej stronie ciała. Gdy ją zobaczyłam przy
pierwszym opatrunku, jak tylko wróciłam z OIOM’u (leżałam tam jedną dobę),
trochę się skrzywiłam. Nie, nie, ja się nie przeraziłam, nic takiego, w końcu
wiedziałam, jak takie zjawisko wygląda, byłam z nim zaprzyjaźniona i wiedziałam
decydując się na operację, z czym się mierzę i na co się porywam;) Skrzywiłam
się, ponieważ wyglądała na duże, spuchnięte brązowe coś – taki ni to placek ni
to górka. Yhh, a przyzwyczajona byłam do widoku małej czerwonawej kuleczki J. Wiedziałam jednak, że jak upłynie trochę czasu,
urostomia nie będzie już taka spuchnięta, przybierze ładniejszy kształt i
zczerwienieje J. Tak jest teraz (grudzień 2005), przybrała lepszy wygląd i
nie wygląda tak brzydko, jak wtedy. Praktycznie urostomia podobała się nowej
siostrze stomijno-opatrunkowej Halinie (chyba tak miała na imię – nie pamiętamL) już od samego początku. Czego ja powiedzieć przecież
nie mogę. Podczas leżenia w szpitalu, a byłam w nim cały miesiąc, dokuczała mi
gorączka, drgawki i uporczywe wymioty, pojawiły się też jakieś poszerzenia w
nerkach, ale lekarze się z tym uporali – porządnie mnie nawadniając, czy coś
jeszcze, nie wiem. Na szczęście po miesiącu leżenia wypisali mnie do domu,
niestety, co jest przerażające, z gorączką. Jednak po 2 tygodniach w końcu
doszłam do 37,2 i jak szłam na kontrolę, już ordynator z profesorem nie mówili
o ponownym leżeniu na oddziale. Co też mama usłyszała, gdy w moim imieniu
odbierała spóźniony wypis ze szpitala. Na kontroli nereczki wypadły wspaniale,
blizny i dziury po drenach (było ich 5!) też, no i urostomia określona przez
profesora Kwiasa, jako śliczna jest jak pupcia niemowlęcia J. Teraz się tylko uczę obsługi nowej urostomii,
wiadomo nowe miejsce umieszczenia, nowy jej kształt. I dostosowuję sprzęt.
Widzę jednak, że nadal najlepiej toleruję Alterna Coloplastu 2-częściowe, i
pewnie przy nich pozostanę. Spytacie Państwo: Marysiu, czy tak naprawdę nie jest
okropnie po operacji brickera, czy warto to przejść jak już trzeba, czy się
lepiej poddać. Powiem tak: jeśli jest taka potrzeba, np. rak pęcherza, jest to
mus, bać się nie trzeba, da się przeżyć. Przecież nie u wszystkich jest zaraz
tyle „atrakcji” współistniejących, jakie zdarzyły się u mnie. Czy lepiej się
poddać, czy zrezygnować? Poddać się, poddać jak najbardziej, lepsza urostomia i
worek na brzuchu niż cierpienie i zagrożenie życia. Owszem, operacja
wytworzenia, urostomii, co można zauważyć w Internecie, jest operacją
okaleczającą, ale ratuje życie! Więc mimo wielu obaw i strachu przed samą
operacją, jak i wytworzeniem urostomii i w ogóle wszystkiego, co z tym
związane. Warto! Wiem to po sobie, choć przecież u mnie to znów była operacja
nietypowa, bo ani nie mam raka pęcherza, ani nowotworów. Ot, po prostu pęcherz
neurogenny, no już teraz były. Na
koniec powiem jeszcze, że mimo iż męczę się z podciekaniem płytek i
dostosowaniem się z całym sprzętem do nowej bądź, co bądź sytuacji, to cieszę
się bardzo, że zdecydowałam się na operację i poprosiłam o nią profesora.
Wreszcie nie ma okropnego bólu, gigantycznego parcia naglącego i ciągłego
latania do toalety. Myślę, że jak minie tylko zima i trochę dojdę do siebie, po
utracie sił, kondycji i wyjałowieniu organizmu, to wezmę się za coś… Nie wiem
jeszcze dokładnie, za co, ale wiem, że już mogę! Że nie
przeszkodzi mi w tym okrutny ból pęcherza, który więził mnie tyle lat w
czterech ścianach własnego mieszkania. Cóż poradzić mam Państwu jeszcze? Chyba
tylko tyle, że nie bójcie się urostomii, stomii i tych wszystkich woreczków,
płytek i wszelakiego sprzętu z tym związanego. To naprawdę da się oswoić, a
nawet polubić J. A jak już tylko to zrobimy, możemy normalnie żyć i cieszyć się nim
(życiem). Ja staram się zaprzyjaźnić z nową urostomią, jak z jej poprzedniczką,
idzie mi to różnie, ale staram się, bo wiem, że będzie dobrze, gdy tylko to się
uda. Przecież głupio coś mieć, dbać o to, jeśli się tego nie lubi? No nie. Życzę sobie i Państwu wytrwałości w dążeniu do
obranego celu oraz wiele, wiele zdrowia!
PS.
Jeśli ktoś z Państwa chciałby do mnie napisać i skorzystać z moich skromnych
doświadczeń, niech pisze na maila: majeczka386@wp.pl
lub szuka mnie na gadu-gadu: 2148965. Proszę tylko uprzedzić, że jest się
stomikiem J. Taka rada dla tych, co już idą do domku, a są świeżymi
urostomikami. Nie wzbraniajcie się przed zakładaniem zwykłego worka na mocz,
podłączanego do tego na brzuszku. Sama przetestowałam na sobie, jaki to daje
komfort, gdy się go podłączy. Choćby w tak prozaicznej czynności, jak spanie.
Tak, tak, spanie. Wyobraźcie sobie Państwo taką sytuację, odpuściliście
woreczek na brzuszku. Idziecie spać, już prawie zasypiacie i nagle ciąży wam
coś na brzuchu, albo też co gorsza płytka zaczyna podciekać, bo coś tam się
przepełniło i padło. Koszmar! Dlatego przy okazji kontroli
pooperacyjnej (2 tygodnie po wypisaniu ze szpitala), pielęgniarka stomijna Ania
pouczyła mnie co do tych worków, wypełniła wniosek i dała 3 na teraz, dopóki
nie kupię nowych. Rewelacja, śpię spokojnie, nie muszę się co chwilę wybudzać,
po tym jak właśnie przed chwilą zasnęłam. Wreszcie jakoś na szczęście awarii
płytek w nocy jakoś mniej. Po prostu zbawienny wpływ ma ta dodatkowa „smycz” i
daje nam komfort spania bez nerwów i ciągłych awarii. Więc proszę Was, nie
wzbraniacie się przed podłączeniem dodatkowego worka na noc, jak robiły to moje
współlokatorki na sali, bo ile to korzyści, a czy przeszkadza nam jakiś
dodatkowy worek, gdy śpimy? Mnie osobiście nie, już do niego przywykłam i czuję
się wspaniale. |
||
|
Strona powstała: sierpień 2005 |
|
Ostatnia aktualizacja strony: 26.01.2009 |
Copyright © 2005 Cybermaja Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie plików bez zgody webmastera jest zabronione! |