Kurs
języka migowego to podnoszenie swoich umiejętności, czy może nowa
przygoda? Czyli jak to zaczęłam naukę języka migowego i czym dla mnie
ona jest.
Wielu z nas może uznać to pytanie za dziwne albo banalne, bo przecież
kolejny kurs czy też rozpoczęcie zajęć w nowej szkole, albo na nowej
uczelni, to tylko nowe umiejętności, droga do… Właśnie, do czego? Czy
tylko do spełnienie kolejnych wyznaczonych sobie celów, albo, co gorsza
„rodzice tak chcą, to cóż, muszę”... A może to po prostu cel do czegoś,
co jest nie do określenia? Tak czy inaczej, takich pytań, a może i
wniosków, można wysnuwać wiele. Ja całkiem niedawno sama sobie je
zadałam, a w zasadzie samo mi się nasunęło, jakoś tak bez mojego
udziału.
Może jednak zacznę od jakiegoś sensownego początku. Jestem osobą
niepełnosprawną. Jednak próbuję coś robić, dając z siebie innym. Ojej,
ale to górnolotnie zabrzmiało ;) Tak czy inaczej po liceum i długim
leczeniu podjęłam się spełniania jednego ze swoich licznych marzeń. Był
z nim kurs dziennikarstwa dla początkujących. Nie powiem, że zaraz
czuję się dziennikarzem i umiem te wszystkie prawa stosować, wręcz
przeciwnie, ale staram się. Były też różne inne kursy. Można by już
powiedzieć: „dobra Marysia, zrobiłaś, co chciałaś, daj sobie teraz
spokój, jesteś przecież chora”. W tym miejscu powiem szczerze, że się
we mnie gotuje, bo fakt - jestem niepełnosprawna i sporo utrudnień mam
z tego powodu. Jednak nie jest to od razu powód by, jak to się
popularnie mówi, spocząć na laurach. Skoro coś się we mnie zagotowało,
to nie mogło się odczepić! Można spytać: co tu zrobić?
Jak to, co? Korzystać z okazji, jaka przypadkiem się nam nadarzy.
Dobra, przypadków nie jest zaraz tak wiele, można by się oburzyć, ale
jeśli są, to można chyba spróbować. Tak też się stało...
Jakoś
przed wakacjami 2008, chyba w maju lub na początku czerwca, nie umiem
powiedzieć. Ach ta skleroza, ;) zostałam zaproszona przez Grzesia
(mojego narzeczonego) do uczestnictwa w lekcjach języka migowego.
Zarząd Towarzystwa Osób Niesłyszących (mieszczący się z Poznaniu przy
ul. Kolejowej 1/3) zgodził się i na początku, jako wolontariusz miałam
rozpocząć owe zajęcia - potem jakimś większym cudem jako członek. O cud
nie pytajcie – sama nie wiem jak to jest.
Jasne, na początku wystąpiło przerażenie i wątpliwości typu: dobra, są
tu osoby głuche i niedosłyszące jak Grzegorz, ale czy ja się z nimi w
ogóle „dogadam” kiedykolwiek; porąbany pomysł: Maryśka znów porywasz
się z motyką na słońce itp. Jednak ten pewien impuls, o którym pisałam
wcześniej i namowy Grzesia oraz Niki (szefostwo TON’u) dały rezultat.
Podjęłam się ryzyka. Raz kozie śmierć, najwyżej się wycofasz.
I co się stało? Zaciekawiło mnie to „miganie”. Problem wystąpił tylko
taki, że tradycyjnie już jak zawsze w czasach szkolnych nie nadążałam
za grupą. Do tego studentki były już na lepszym wyższym poziomie, choć
oficjalnie zajęcia były od podstaw. Więc siedziałam i przypatrywałam
się coraz bardziej zniechęcona. Grzegorz szybciej „łapał” to, czego
Nika uczyła jednak, przez mpd (mózgowe porażenie dziecięce) miał pewne
trudności. Po paru lekcjach tuż przed wakacjami poprosiłam Eunikę o
e-maila. Dała mi ogólny na towarzystwo i uprzedziła, że nie mam co się
stresować, ona odbiera. Fakt stresowałam się co niemiara, tym, że nie
nadążam i przez dyskalkulię nie „łapię” tak szybko, co zniechęca i
frustruje. Postanowiłam napisać list w MS Word i posłać Eunice. Tak też
zrobiłam. Eunika to kobieta o złotym sercu, tak samo zresztą jak,
niesłyszący prezes Pan Marek Pater. Wyszło, że będę z Grześkiem się
uczyć swoim tempem z Kariną Akseńczuk (dziewczyna, która właśnie
zaczęła pracę w TON’ie).
Spytacie może – jak Ci idzie teraz z tym migowym? Mimo wielu trudności,
poczynając od głupiego dotarcia na Kolejową z „mojego terenu” poprzesz
nieco wolniejsze „łapanie” tego, o co chodzi. Mam tu na myśli np.
wyobrażenie sobie jak zapisać dany znak np. rodzina/rodziny. Istna
łamigłówka – jednak po dłuższym namyśle i podpowiedzeniu jak można to
zapisać, daję radę. W domu tylko przepisuję to Grzegorzowi na
komputerze i przesyłam przez Internet. W każdym razie cierpliwość
nauczyciela, w tym przypadku Kariny, i dostosowanie tempa nauki, jak i
wyjaśnienia znaków dużo dają, bardzo dużo, za co jestem wdzięczna
Karinie, Eunice i Prezesowi, (któremu usiłowałam zamigać coś nie coś na
wigilii) – chyba coś mi się udało, bo usłyszałam dziękuję i widziałam
szeroki uśmiech.
Tak czy inaczej wykorzystałam daną mi szansę, którą śmiem nazwać nową
przygodą, przygodą z językiem migowym przydatną w kontaktach z osobami
głuchymi – na razie poza prostymi słowami niewiele umiem powiedzieć.
Usprawiedliwia mnie jednak to, że od początku zaczynając dobrnęliśmy
dopiero do piątej lekcji. Myślę, że Karina da mi taki zapał, że nadal
chętnie będę się uczyła i pokonywała trudności w słówkach i zdaniach.
Zresztą moim pierwszym wymiganym zdaniem jest: „Ja lubię uczyć się
migowego.”
Krótkie ono jest, być może banalne, ale jakie trudne do wymigania
szczególnie, kiedy się ma dość spastyczne ręce. Jednak pomagając sobie
drugą ręką koślawo trochę, w końcu się udaje. Najgorsza, jak dotąd,
jest dla mnie koordynacja: tu migaj dane słowa, a tu ruszaj jeszcze
ustami tak, jakbyś chciała je wypowiedzieć. Ha! To dopiero, wbrew
pozorom, jest wyższa technika jazdy.
Chociaż nie mam jeszcze wiary, w to, że uda mi się porozumieć z osobami
głuchymi będącymi w TON’ie to cieszę się samą już przygodą i tym, że
poznaję coś dla większości osób nietypowego. Trudno mi przeprowadzić
ankietę na temat „czy zna Pan/Pani język migowy?” Jednak niestety, z
tego, co już wiem, mało ludzi go zna. Wyjątki to tłumacze języka
migowego, osoby głuche, czasem też niedosłyszące i ich rodziny. Może
jacyś zapaleńcy? Tak czy inaczej, ja się czuję jak taki zapaleniec.
Powodów podjęcia nauki było kilka, jak wspomniałam o tym na samym
początku artykułu. Chęć wykorzystania szansy, zaproszenie do nauki
oraz, bądź co bądź, sam niedosłuch narzeczonego, który migać nie umie,
ale uczy się. Myślę, że może nam się to na przyszłość przydać, a mi
choćby teraz, gdy wśród ludzi ze Stowarzyszenia TON będę chciała
zamówić herbatę w tamtejszym barku. To takie moje kolejne małe
marzenie, czy się spełni - zobaczymy.
Kończąc ten dziwny artykuł z niejasnym dość pytaniem powiem jedno: już
po pierwszych lekcjach wiem, że nie jest to zwykła nauka, byle by tylko
móc coś nowego wpisać do swojego CV, czy też mieć kolejny punkt w
życiorysie. Dla mnie to kolejna przygoda i mam nadzieję skończyć ją jak
najbardziej pozytywnie. Póki co: ćwiczę, ćwiczę i jeszcze raz ćwiczę.
Co by Wam jeszcze pożyczyć? Myślę, że najlepszą puentą będzie to:
„Korzystajcie z szans, jakie daje Wam życie, bo nie jest to tylko
mozolne i nudne zdobywanie wiedzy. Często jest to wspaniała przygoda
pełna nietypowych niespodzianek”.