Moje artykuły

Nowa przygoda

Co inni powiedzieli ;)

Jak walczę z życiem :)

Zainteresowania ;)

Moje osiągnięcia

Moja galeria 

Moje prace plastyczne 

Art.z dawnych lat:

Czy współcześni licealiści..

Już te współczesne ;)

Moje artykuły -moja urostomia

Moje artykuły -bricker

Moje artykuły -ocalona wolność

Moje artykuły -smakowanie życia 

Blubraj po poznańsku  

Moje artykuły - nowa przygoda  

Inne

Różne linki

Strony zaprzyjaźnione

Moje miasto - w tym różne związane z Poznaniem pod strony :)

Mówimy po poznańsku

Porady ;)

Księga gości

Co się zmieniło?

Odpowiedzi dla wpisujących się do księgi gości..........

Ciekawostki :)

Ogłoszonka

Podziękowania :)

Zwyczaje :)

 

 statystyki www stat.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kurs języka migowego to podnoszenie swoich umiejętności, czy może nowa przygoda? Czyli jak to zaczęłam naukę języka migowego i czym dla mnie ona jest.

Wielu z nas może uznać to pytanie za dziwne albo banalne, bo przecież kolejny kurs czy też rozpoczęcie zajęć w nowej szkole, albo na nowej uczelni, to tylko nowe umiejętności, droga do… Właśnie, do czego? Czy tylko do spełnienie kolejnych wyznaczonych sobie celów, albo, co gorsza „rodzice tak chcą, to cóż, muszę”... A może to po prostu cel do czegoś, co jest nie do określenia? Tak czy inaczej, takich pytań, a może i wniosków, można wysnuwać  wiele. Ja całkiem niedawno sama sobie je zadałam, a w zasadzie samo mi się nasunęło, jakoś tak bez mojego udziału.

Może jednak zacznę od jakiegoś sensownego początku. Jestem osobą niepełnosprawną. Jednak próbuję coś robić, dając z siebie innym. Ojej, ale to górnolotnie zabrzmiało ;) Tak czy inaczej po liceum i długim leczeniu podjęłam się spełniania jednego ze swoich licznych marzeń. Był z nim kurs dziennikarstwa dla początkujących. Nie powiem, że zaraz czuję się dziennikarzem i umiem te wszystkie prawa stosować, wręcz przeciwnie, ale staram się. Były też różne inne kursy. Można by już powiedzieć: „dobra Marysia, zrobiłaś, co chciałaś, daj sobie teraz spokój, jesteś przecież chora”. W tym miejscu powiem szczerze, że się we mnie gotuje, bo fakt - jestem niepełnosprawna i sporo utrudnień mam z tego powodu. Jednak nie jest to od razu powód by, jak to się popularnie mówi, spocząć na laurach. Skoro coś się we mnie zagotowało, to nie mogło się odczepić! Można spytać: co tu zrobić?

Jak to, co? Korzystać z okazji, jaka przypadkiem się nam nadarzy. Dobra, przypadków nie jest zaraz tak wiele, można by się oburzyć, ale jeśli są, to można chyba spróbować. Tak też się stało...

 
Jakoś przed wakacjami 2008, chyba w maju lub na początku czerwca, nie umiem powiedzieć. Ach ta skleroza, ;) zostałam zaproszona przez Grzesia (mojego narzeczonego) do uczestnictwa w lekcjach języka migowego. Zarząd Towarzystwa Osób Niesłyszących (mieszczący się z Poznaniu przy ul. Kolejowej 1/3) zgodził się i na początku, jako wolontariusz miałam rozpocząć owe zajęcia - potem jakimś większym cudem jako członek. O cud nie pytajcie – sama nie wiem jak to jest.

Jasne, na początku wystąpiło przerażenie i wątpliwości typu: dobra, są tu osoby głuche i niedosłyszące jak Grzegorz, ale czy ja się z nimi w ogóle „dogadam” kiedykolwiek; porąbany pomysł: Maryśka znów porywasz się z motyką na słońce itp. Jednak ten pewien impuls, o którym pisałam wcześniej i namowy Grzesia oraz Niki (szefostwo TON’u) dały rezultat. Podjęłam się ryzyka. Raz kozie śmierć, najwyżej się wycofasz.

I co się stało? Zaciekawiło mnie to „miganie”. Problem wystąpił tylko taki, że tradycyjnie już jak zawsze w czasach szkolnych nie nadążałam za grupą. Do tego studentki były już na lepszym wyższym poziomie, choć oficjalnie zajęcia były od podstaw. Więc siedziałam i przypatrywałam się coraz bardziej zniechęcona. Grzegorz szybciej „łapał” to, czego Nika uczyła jednak, przez mpd (mózgowe porażenie dziecięce) miał pewne trudności. Po paru lekcjach tuż przed wakacjami poprosiłam Eunikę o e-maila. Dała mi ogólny na towarzystwo i uprzedziła, że nie mam co się stresować, ona odbiera. Fakt stresowałam się co niemiara, tym, że nie nadążam i przez dyskalkulię nie „łapię” tak szybko, co zniechęca i frustruje. Postanowiłam napisać list w MS Word i posłać Eunice. Tak też zrobiłam. Eunika to kobieta o złotym sercu, tak samo zresztą jak, niesłyszący prezes Pan Marek Pater. Wyszło, że będę z Grześkiem się uczyć swoim tempem z Kariną Akseńczuk (dziewczyna, która właśnie zaczęła pracę w TON’ie).

Spytacie może – jak Ci idzie teraz z tym migowym? Mimo wielu trudności, poczynając od głupiego dotarcia na Kolejową z „mojego terenu” poprzesz nieco wolniejsze „łapanie” tego, o co chodzi. Mam tu na myśli np. wyobrażenie sobie jak zapisać dany znak np. rodzina/rodziny. Istna łamigłówka – jednak po dłuższym namyśle i podpowiedzeniu jak można to zapisać, daję radę. W domu tylko przepisuję to Grzegorzowi na komputerze i przesyłam przez Internet. W każdym razie cierpliwość nauczyciela, w tym przypadku Kariny, i dostosowanie tempa nauki, jak i wyjaśnienia znaków dużo dają, bardzo dużo, za co jestem wdzięczna Karinie, Eunice i Prezesowi, (któremu usiłowałam zamigać coś nie coś na wigilii) – chyba coś mi się udało, bo usłyszałam dziękuję i widziałam szeroki uśmiech.


Tak czy inaczej wykorzystałam daną mi szansę, którą śmiem nazwać nową przygodą, przygodą z językiem migowym przydatną w kontaktach z osobami głuchymi – na razie poza prostymi słowami niewiele umiem powiedzieć. Usprawiedliwia mnie jednak to, że od początku zaczynając dobrnęliśmy dopiero do piątej lekcji. Myślę, że Karina da mi taki zapał, że nadal chętnie będę się uczyła i pokonywała trudności w słówkach i zdaniach. Zresztą moim pierwszym wymiganym zdaniem jest: „Ja lubię uczyć się migowego.”

Krótkie ono jest, być może banalne, ale jakie trudne do wymigania szczególnie, kiedy się ma dość spastyczne ręce. Jednak pomagając sobie drugą ręką koślawo trochę, w końcu się udaje. Najgorsza, jak dotąd, jest dla mnie koordynacja: tu migaj dane słowa, a tu ruszaj jeszcze ustami tak, jakbyś chciała je wypowiedzieć. Ha! To dopiero, wbrew pozorom, jest wyższa technika jazdy.


Chociaż nie mam jeszcze wiary, w to, że uda mi się porozumieć z osobami głuchymi będącymi w TON’ie to cieszę się samą już przygodą i tym, że poznaję coś dla większości osób nietypowego. Trudno mi przeprowadzić ankietę na temat „czy zna Pan/Pani język migowy?” Jednak niestety, z tego, co już wiem, mało ludzi go zna. Wyjątki to tłumacze języka migowego, osoby głuche, czasem też niedosłyszące i ich rodziny. Może jacyś zapaleńcy? Tak czy inaczej, ja się czuję jak taki zapaleniec. Powodów podjęcia nauki było kilka, jak wspomniałam o tym na samym początku artykułu. Chęć wykorzystania szansy, zaproszenie do nauki oraz, bądź co bądź, sam niedosłuch narzeczonego, który migać nie umie, ale uczy się. Myślę, że może nam się to na przyszłość przydać, a mi choćby teraz, gdy wśród ludzi ze Stowarzyszenia TON będę chciała zamówić herbatę w tamtejszym barku. To takie moje kolejne małe marzenie, czy się spełni - zobaczymy.

Kończąc ten dziwny artykuł z niejasnym dość pytaniem powiem jedno: już po pierwszych lekcjach wiem, że nie jest to zwykła nauka, byle by tylko móc coś nowego wpisać do swojego CV, czy też mieć kolejny punkt w życiorysie. Dla mnie to kolejna przygoda i mam nadzieję skończyć ją jak najbardziej pozytywnie. Póki co: ćwiczę, ćwiczę i jeszcze raz ćwiczę.

Co by Wam jeszcze pożyczyć? Myślę, że najlepszą puentą będzie to: „Korzystajcie z szans, jakie daje Wam życie, bo nie jest to tylko mozolne i nudne zdobywanie wiedzy. Często jest to wspaniała przygoda pełna nietypowych niespodzianek”.


 

Strona powstała: sierpień 2005

Ostatnia aktualizacja strony: 26.01.2009

Copyright © 2005 Cybermaja Wszelkie prawa zastrzeżone.  Kopiowanie plików bez zgody webmastera jest zabronione!